Poczytaj o

Wycieczki

  • WOR 2010

    Poniżej znajdziecie relację wraz ze zdjęciami z Wakacyjnego Obozu Rowerowego, o którym już wspominaliśmy. Zapraszamy do lektury!


    Pierwszy szymanowski Wakacyjny Obóz Rowerowy odbył się w dniach od 15 do 25 lipca 2010r. Przygotowanie do niego rozpoczęły się już kilka miesięcy wcześniej. Wybierając trasę, postanowiłyśmy pojechać śladami naszych sióstr z Wałbrzycha, które już od pięciu lat organizują rowerowe Wakacyjne Obozy Naukowe (tzw. WON). Wybór padł na Wybrzeże. Szybko okazało się, że przygotowanie takiej wyprawy wymaga wiele wysiłku i sporych nakładów finansowych. Dobry rower to podstawa. Następnie należy zaopatrzyć się w sakwy, kask, kamizelkę odblaskową, linki mocujące bagaż, śpiwór, karimatę. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć, jak wygląda taki dobrze zapakowany rower. Nie poczujecie jednak, ile taki rower waży :)

    DZIEŃ I: 

    Wczesnym rankiem wyjeżdżamy z Szymanowa we trzy: S. Bogna, s. Karola i Basia Wojciechowska. Żegna nas s. Leticja. Resztę ekipy w składzie: Gosia Jakubowska, Zosia Piekut, Klaudia Makowska, Ola Vogtman spotykamy w pociągu jadącym do Świnoujścia. Szybko doświadczamy na własnej skórze, czym jest podróżowanie polską koleją z rowerami. Nie wiemy jeszcze, że ten odcinek jazdy PKP uznamy później za najwygodniejszy. Póki co, skaczemy wesoło przez nasze rowerki, aby dostać się do toalety. Całe szczęście, miejsc siedzących nie brakuje i możemy jechać razem. Upał jest niemiłosierny, ale staramy się nie narzekać. Do Świnoujścia dojeżdżamy z około godzinnym opóźnieniem. Aby dostać się do miejsca naszego noclegu musimy przeprawić się promem na wyspę Uznam do centrum miasta. W schronisku, gdzie nocujemy rozpakowujemy nasze rowery i pędzimy na plażę. Nie ma dwóch zdań: morze wieczorną porą ma w sobie coś magicznego. Spotykamy na plaży niejakiego Monsieur Glon’a. Miły był, choć taki jakiś … zielony :)


    DZIEŃ II: Trasa: Świnoujście- Wrzosowo, około 40 km.

    Pierwszy dzień na rowerach. Wczesna pobudka okazała się niewystarczająco wczesna, bo i tak spóźniłyśmy się na prom. Powód: brak doświadczenia w zakładaniu i upinaniu bagażu. Na krótkiej trasie do promu było kilka nieplanowanych przystanków z powodu odpinających się sakw lub wypadających karimat. Po przeprawieniu się promem zaczęła się nasza przygoda. Drogą numer 102 w szybkim tempie pokonałyśmy trasę do sławetnych Międzyzdrojów. Tam zjadłyśmy śniadanie w restauracji, którą ochrzciłyśmy „Restauracja na chodniku” z powodów, których chyba możecie się domyśleć :) Następnie udałyśmy się na Promenadę Gwiazd i molo. Widok był imponujący. Spójrzcie tylko:


    Godziny największego upału spędziłyśmy w lesie, przez który wiodła nasza trasa. Po drodze zahaczyłyśmy o Zagrodę Pokazową Żubrów. Przez Wisełkę dojechałyśmy do Międzywodzia, gdzie miałyśmy zaplanowany postój na plaży. Nie ma nic piękniejszego, niż kąpiel w morzu w upalny dzień. Podniesione na duszy i ciele, ruszyłyśmy dalej przez Dziwnów i Dziwnówek do Szkoły Podstawowej we Wrzosowie, miejsca naszego noclegu. Tej nocy dwukrotnie budziły nas gwałtowne burze przechodzące przez ten region. Nastąpiło załamanie pogody, którego skutki poczułyśmy nazajutrz.


    DZIEŃ III: Trasa: Wrzosowo-Trzebiatów, około 40 km.


    Rano siostry i Basia Wojciechowska pojechały do Kamienia Pomorskiego na Mszę do pięknej katedry, gdzie odbywają się słynne koncertyorganowe. Po ich powrocie zjadłyśmy smaczne śniadanko w cywilizowanych w porównaniu z dniem poprzednim warunkach :) A następnie: komu w drogę, temu rower! Pogoda była niepewna. Wreszcie rozpadało się zupełnie. Cudem znalazłyśmy schronienie w jakimś pensjonacie, gdzie w ogródku pod dachem spędziłyśmy blisko dwie godziny czekając aż przestanie padać. Ale czy ktoś był niezadowolony? Na pewno nie siostry →

    Ponieważ pogoda nie chciała się poprawić, zaczęłyśmy obwijać nasze bagaże w co popadnie, by zabezpieczyć je przed deszczem na dalszą drogę. Wreszcie przejaśniło się nieco i ruszyłyśmy dalej. Wkrótce znowu zaczęło padać. Musiałyśmy zrezygnować z postoju w Trzęsaczu , w którym chciałyśmy zobaczyć ruiny kościoła. Do Rewala, miejsca naszego posiłku, dotarłyśmy jednak już bez deszczu, a na plaży można było się nawet wykąpać, z czego skwapliwie skorzystała Ola Vogtman, nasza pływaczka numer 1. Następnie udałyśmy się do Trzebiatowa na nocleg. Po drodze miał miejsce mały wypadek, lub dokładniej „upadek”. Upadek ten był tyleż nieoczekiwany, co komiczny. Wspomniana Ola V. z nieznanych nam przyczyn, postanowiła ni z tego ni z owego wpaść ze swym dobytkiem do dużej, błotnistej kałuży :)


    DZIEŃ IV: Trasa: Trzebiatów- Stary Borek, około 25 km.

    Tego dnia przypadała niedziela. W Trzebiatowie byłyśmy na Mszy w pięknym kościele pw. Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny.

    Następnie ruszyłyśmy żwawo na plażę w Mrzeżynie. Pogoda nie była jednak bardzo zachęcająca. Wiało. Pojechałyśmy dalej. Był to bardzo miły odcinek drogą asfaltową – pozostałość lotniska wojskowego, między ukrytymi w lesie ośrodkami wypoczynkowymi. Po kilku kilometrach dojechałyśmy do Dźwirzyna. Część grupy poszła na plażę, inni zaś wybrali się do wesołego miasteczka. Na plaży znalazłyśmy osobliwe ostrzeżenie. Otóż, nie wiedzieć czemu, zagrożeniem dla turystów są tam …”leszcze” :)  – patrz: zdjecie obok →

    Leszczy ostatecznie tam nie widziałyśmy, ale za to zjadłyśmy przepyszne lody śmietankowe potężnych rozmiarów. Po dotarciu do Starego Borku, zanim udałyśmy się na spoczynek, rozegrałyśmy kilka meczy tenisa stołowego, a amatorska grupa rekonstrukcji historycznych w składzie: Zofia Piekut i Klaudia Makowska, odtworzyła nieznane nikomu epizody bitwy pod Grunwaldem :) , posiłkując się znalezionymi przypadkowo w garażu rekwizytami. Żałujcie, że tego nie widzieliście!!! :) :) :)


    DZIEŃ V: Trasa: Stary Borek – Koszalin, około 55 km.

    Wczesnym rankiem wyruszyłyśmy najpierw do Kołobrzegu, gdzie po Mszy Św. w katedrze spotkałyśmy się z s. Rut. Następnie przepiękną wiodącą wzdłuż morza trasą ruszyłyśmy w stronę Ustronia Morskiego. Był to z pewnością najprzyjemniejszy odcinek całej naszej podróży. Wyłożona kostką brukową ścieżka wiodła tak, że po lewej stronie niemal cały czas widać było morze. Zobaczcie sami:

    Następnie ścieżka zmieniała się w szeroki asfaltowy pas, który niegdyś był lotniskiem wojskowym. Dla nas to raj!


    Tego dnia dłużej zabawiłyśmy na plaży w Gąskach, gdzie Basia W. uratowała nasz turystyczny honor wspinając się na latarnię morską. Reszta wolała kąpać się, smażyć na słońcu lub robić zamki z piasku.

    Tego dnia zahaczyłyśmy jeszcze o Sarbinowo i Mielno, gdzie poznałyśmy sympatycznych kolegów Gosi Jakubowskiej. Noc spędziłyśmy w akademiku w Koszalinie.


    DZIEŃ VI: Trasa: Koszalin – Duninowo, około 70 km.

    To był ciężki dzień i trudna trasa. Pagórkowaty teren raczej nie należy do tych, które rowerzyści lubią najbardziej :( 

    Za kolejną górką pojawiała się następna, odbierając biednemu rowerzyście zapał i otuchę. Reaktywowałyśmy się jak mogłyśmy na postojach. Udało nam się nawet wpaść do maleńkiego sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej ukrytego w lesie.

    Nie tracąc ducha dotarłyśmy na obiad do Sławna, a stamtąd ruszyłyśmy dalej do Duninowa. Ale, jak to mówią, biednemu zawsze wiatr w oczy. „Biedne” rowerzystki musiały pokonać 20 km walcząc z silnym wiatrem. Lecz czy na tych twarzach widać zmęczenie?

    W Duninowie spałyśmy na plebanii parafialnego Publicznego Szkolnego Schroniska Młodzieżowego. Po wyczerpującym dniu należał nam się zasłużony dłuuuuuuugi sen.


    DZIEŃ VII: Trasa: Duninowo – Smołdzino, około 45 km.

    Tego dnia pobudka była zaplanowana na godzinę 10:00. Ale jak to w schroniskach bywa, nie zawsze da się spać tyle, ile by się chciało.Po śniadanku, około godziny 12: 00 wyruszyłyśmy w dalszą drogę. Na plaży w Ustce wypisywałyśmy kartki do bliskich i znajomych i, kto mógł, korzystał z uroków plaży i morza. Potem zmieniłyśmy trochę trasę, gdyż szlak przez leśne ostępy za mocno dawał się nam we znaki. Przez Wytowno i Objazdę dojechałyśmy do Gardny Wielkiej, gdzie zjadłyśmy porządną obiadokolację. Nic tak nie wpływa na dobre samopoczucie rowerzysty, jak smaczny posiłek w miłym towarzystwie :)  Stamtąd już tylko „rzut beretem” dzielił nas od Smołdzina – miejsca noclegu.


    DZIEŃ VIII: Trasa: Smołdzino –Łeba (około 45 km) – Lębork.

    Rano z żalem pożegnałyśmy Gosię Jakubowską, która szybciej wróciła do domu.

    Wsadzona w autobus pognała do Słupska, a stamtąd do Łodzi.

    W uszczuplonym składzie ruszyłyśmy dalej nieświadome tego, co przed nami. Dzień zapowiadał się bardzo upalnie. W Klukach wjechałyśmy na żółty, mało uczęszczany szlak wiodący przy Jeziorze Łebsko. I tak zaczął się najbardziej ekstremalny odcinek naszej wyprawy. Początkowo szlak wiódł przez łąki, tereny podmokłe, wśród trzcin, przez dziwne mostki z luźnymi deskami, by potem zmieniać się kolejno w drogę polną, kostkę brukową, piach, drogę leśną i znowu piach. Popatrzcie tylko:

    Czy można się więc dziwić, że po kilku kilometrach byłyśmy już kompletnie wypompowane?  Potrzebowałyśmy chwili odpoczynku. Brzozowy zakątek nadawał się do tego idealne!

    Po dotarciu do Łeby, ogłosiłyśmy konkurs na najbrudniejszą stopę. Wygrała Zosia Piekut. Zgadnijcie, która to stopa? :)

    W Łebie musiałyśmy pożegnać się z plażą i z Bałtykiem, gdyż tam odbijałyśmy na południe, a dokładniej szynobusem jechałyśmy do Lęborka. I tak zaczęły się nasze kolejowe przygody. Ponieważ pasażerów było wielu, rowerzystów z obładowanymi rowerami też niemało, a wagon tylko jeden (sic!), przez chwilę wisiało nad nami widmo zostania na peronie. Wpakowałyśmy się jednak jakoś, choć „dzięki” nam ruch w pociągu był kompletnie zablokowany :)

    Po dotarciu do Lęborka czekała nas sowita nagroda za nasze trudy: domek w Ośrodku Wypoczynkowym „Tina”, który miałyśmy do nasze wyłącznej dyspozycji. Do luksusów, jakich do tej pory nie miałyśmy na naszej rowerowej wyprawie należy zaliczyć działający (!) odbiornik TV. Nie wykorzystałyśmy go jednak tak, jak byśmy tego chciały, gdyż zmęczenie wzięło górę i szybko poszłyśmy spać.


    DZIEŃ IX: Trasa: Lębork – Kościerzyna.

    Ach, cóż to był za piękny poranek! Cisza, spokój i długie spanie. Mogłoby być jeszcze dłuższe, ale cóż… wyprawy rowerowe rządzą się swoimi prawami. Ze względu na nasze duże zmęczenie postanowiłyśmy pokonać kolejny etap drogi nie rowerem, ale pociągiem. Z Lęborka pojechałyśmy więc do Gdyni, gdzie popularna restauracja McDonald’s skutecznie umilała nam czas oczekiwania na połączenie do Kościerzyny. Gdy już wsiadłyśmy do pociągu okazało się, że jest bardzo ciasno, a surowy pan konduktor kategorycznie zażądał od nas zamocowania naszych rowerów na specjalnych hakach. Jak się być może domyślacie, nie było to dla nas zbyt szczęśliwe posunięcie, gdyż musiałyśmy pozdejmować najpierw nasze bagaże, ulokować je GDZIEŚ i dopiero potem powiesić rowery. Wyglądało to wszystko mniej więcej tak:

    Udało nam się jednak dojechać szczęśliwie do Kościerzyny, gdzie miałyśmy nocleg w klasztorze sióstr niepokalanek. Atmosfera była już bardziej swojska i domowa. A ponieważ tego dnia czułyśmy niedosyt jazdy rowerami, dosiadłyśmy nasze rącze rumaki i pomknęłyśmy nad jezioro Szarlota, by tam popływać … rowerami wodnymi :) Było bardzo miło!

    Zaczęła do nas docierać bolesna świadomość, że  zbliżał się koniec naszej wyprawy. Zostały tylko dwa dni.


    DZIEŃ X: Trasa: Kościerzyna – Skarszewy, około 40 km.

    To był już przedostatni dzień. Zanim wyruszyłyśmy z Kościerzyny szczelnie zapakowałyśmy nasze bagaże w worki foliowe, gdyż pogoda była niepewna. Było to opatrznościowe posunięcie, bo ujechałyśmy niespełna 10 km i lunęło jak z przysłowiowego cebra. Do Nowej Karczmy dojechałyśmy kompletnie przemoczone. Dopadłyśmy pierwszej restauracji, schowałyśmy rowery pod jakimś daszkiem, a następnie znalazłyśmy schronienie w ciepłym wnętrzu restauracji. Przy gorącej herbacie z cytryną czekałyśmy chwili, kiedy przestanie padać. Ale ponieważ ta chwila nie nadchodziła, a pora obiadu się zbliżała, postanowiłyśmy przekąsić małe co nieco. Po obiedzie był jeszcze deser i dopiero potem, już bez deszczu, mogłyśmy ruszyć dalej. Ale przedtem kilka fotek pamiątkowych:

    20 km dzielących nas od noclegu pokonałyśmy w expressowym tempie. W Skarszewach czekał na nas domek w Ośrodku Wypoczynkowym „Borówno”. Wieczorem dziewczyny przygotowały wspaniałą pożegnalną kolację. Doniosłą funkcję „szefowej kuchni” pełniła Zośka Piekut. Za doskonałe wywiązanie się z roli należą się jej owacje na stojąco.

    Tego wieczora poszłyśmy jeszcze nad jezioro, by Ola V. mogła po raz ostatni wymoczyć swe członki. Co prawda złapał nas tam deszcz, ale dla Oli to żadna przeszkoda! Podczas gdy jedni pływali, drudzy obserwowali ich spod drzew.


    DZIEŃ XI: Trasa: Skarszewy – Tczew (około 25 km) – DOM!

    Ostatni odcinek pokonałyśmy w okamgnieniu. Po godzinie jazdy byłyśmy w Tczewie, skąd odjeżdżał nasz pociąg. Zanim do niego wsiadłyśmy wzmocniłyśmy nadwątlone siły w McDonald’sie. Potem pożegnałyśmy Basię W., po którą przyjechał tata. Do pociągu wsiadłyśmy więc w piątkę. Ach, cóż to była za barwna podróż. Musiałyśmy się rozdzielić z powodu braku miejsc w przedziale rowerowym. Niebawem zostałyśmy zmuszone przez kierownika pociągu do przeniesienia się w inne miejsce, gdyż blokowałyśmy ruch w pociągu. Udało się to jednak tylko dziewczynom, bo dla sióstr zabrakło już miejsca. Całą drogę siostry spędziły w wąskim przejściu pod drzwiami toalety, gdzie nieustannie wykonywały skomplikowane manewry rowerami, by przepuszczać przechodzących nieustannie pasażerów. Wpływ tej podróży na siostry widać poniżej:

    Po kilku godzinach męczącej podróży dojechałyśmy jednak do celu. W Warszawie dobiegła końca nasza szkolna wyprawa rowerowa. Mamy nadzieję, że nie była ona ostatnia, i że stanie się nową tradycją w naszej szkole. Zachęcamy was gorąco do takiej formy spędzania wakacji i zapraszamy do wspólnej przygody już za rok! Rowerowy szlak na was czeka!

     

Aktualności

  • Laureatka konkursu "Poznajemy Ojcowiznę"
    Poniżej zamieszczamy krótką relację z pobytu w Prudniku Oliwi...
  • Pan Terlikowski w Szymanowie
    W poniedziałek 23 kwietnia gościłyśmy w naszej szkole znanego dzie...
  • Teatr z okazji Konstytucji 3 Maja
    Przedstawienia teatralne niestety nie zdarzają się w Szymanowie czę...
  • Pożegnanie trzeciaków
    W czwartek 26 kwietnia uroczyście pożegnałyśmy najstarsze uczennic...
  • Rekolekcje wielkanocne 2012
    Tuż po przerwie wielkanocnej, zjawił się w murach naszej szkoły ks...
zobacz całą listę >>